
Muzyka, Sztuka
Lorn. Brud, szum i emocje
Wracam do Lorna regularnie. Ten gość zasługuje na kilka słów więcej. Dlaczego? Bo w czasach, gdy elektronika bywa sterylnie czysta i wyprodukowana "od linijki", Lorn robi coś zupełnie odwrotnego.
Filozofia błędu
To, co mnie w nim kupuje, to faktura. Jego muzyka nie jest gładka. Jest chropowata, pełna szumów, trzasków i analogowego brudu. Dla projektanta czy twórcy wizualnego to jest bardzo czytelne – to tak, jakbyś zamiast wektora wybrał ziarnistą fotografię na starym filmie.
Lorn (Marcos Ortega) ma specyficzną filozofię. Nie interesuje go bycie modnym producentem z LA (choć wydawał w Brainfeederze u Flying Lotusa). Siedzi w swoim Milwaukee i dłubie w sprzęcie. Jego brzmienie wynika z akceptacji niedoskonałości. Zamiast usuwać szum taśmy, on czyni z niego instrument. To jest "design" dźwięku na najwyższym poziomie – świadome wykorzystanie defektów, żeby zbudować klimat.
Nie dla każdego, i dobrze
To nie jest muzyka tła do picia kawy (chyba że bardzo mocnej i w ciemnym pokoju). Lorn jest intensywny. Jest w tym mrok, ale nie taki teatralny, udawany. To raczej poczucie izolacji i surowości. Jego numery są gęste, basowe, czasem przytłaczające, ale zawsze autentyczne.
Oryginalność Lorna polega na tym, że nie próbuje się nikomu przypodobać. Nie ma tu "dropów" pod radio. Jest za to konsekwentne budowanie własnego świata. Słuchasz trzech sekund i wiesz, że to on.
Czego się od niego uczę?
Że warto iść pod prąd. Że "czysto" i "poprawnie" to nie zawsze znaczy "dobrze". I że w procesie twórczym najważniejszy jest własny charakter, a nie narzędzia, których używasz.
Jeśli szukacie inspiracji, która was nieco przeczołga, ale zostawi z wrażeniem obcowania z czymś totalnie unikalnym – odpalcie cokolwiek z jego dyskografii. Tylko głośno.